Audiobook
Wśród pracowników ambasady Wasylii w Cornstrangu trudno o znalezienie przyjaznej twarzy. Gdy dzielisz pomieszczenie z tuzinem wypalonych zawodowo urzędników zajmujących to samo stanowisko co ty od co najmniej dwóch dekad, kropka w kropkę wpisujących się w stereotypy, masz ochotę od zaraz kupić bilet w jedną stronę i wrócić do kraju…
Z takimi myślami bił się Maks Konsulski, młody attaché tej ambasady. Nie tak wyobrażał sobie karierę dyplomatyczną, o której marzył, odkąd zaczął uczęszczać na kurs Prawa międzynarodowego publicznego podczas studiów. Pełen ambicji, ukończył aplikację dyplomatyczno - konsularną z najlepszym wynikiem i od razu rozpoczął pracę w MSZ. Szkoda tylko, że utknął na najniższym możliwym stanowisku, robiąc za chłopca na posyłki starszych „kolegów” z pracy. Miał już absolutnie po dziurki w nosie ślimaczego tempa realizacji przesyłanych im instrukcji i zadań (bo, w końcu, przerwa na kawkę i sernik należy się co 15 minut…) i zrzucania na jego barki problemów, które ze względu na brak doświadczenia nieco go przytłaczają.. A Maks pragnął czegoś więcej niż przesiadywania całymi dniami za biurkiem za marne pieniądze. Teraz rozumiał, dlaczego jego pracodawcy ze zdziwieniem przyjmowali go, tak młodego i zapalonego do działania, na stanowisko. Tak samo, jak niemal zerowy odsetek rekrutacji świeżo upieczonych dyplomatów podczas corocznego naboru…
Ale nie tylko on przeżywa głębokie rozczarowanie rozwojem swojej kariery. Podróżując samolotami linii Stargazing, nierzadko mija się z swoją siostrą Matyldą – stewardessą, rzadko kiedy wyspaną. Dorosłość przytłaczała ich oboje. Dzień za dniem mijał im w poczuciu zmarnowania czasu i potencjału, jaki wykazywali. Ambicja, chęć do pracy, wzorowe wykształcenie i znajomość kilku języków obcych zdała się na nic. Ona, kiedy akurat nie musi podawać kolejnej lampki wina albo wykłócać się ze spretensjonowanym pasażerem, czas spędza na wyładowywaniu przy bracie swojej frustracji. Nagłe zmiany grafiku, długie trasy, niewygodny uniform i nabijanie kilometrów bieganiem z tacą między rzędami w butach na obcasie to zdecydowanie nie było to, czego spodziewała się w momencie aplikowania na kurs przygotowawczy. Z trudem odnajdywała chęci do życia, szczególnie, iż linie lotnicze stroniły od przestrzegania higieny pracy i o solidnym odpoczynku (o zadaniach „godnych” pracy stewardessy już nawet nie wspominając) mogła jedynie pomarzyć.
Słysząc liczne narzekania siostry, Maks wcale nie czuł się lepiej. On sam godzinami potrafił odchorowywać dzień pracy spędzony na podpisywaniu stosów dokumentów albo wiszeniu na centrali telefonicznej. Mimo wszystko, w głowie Maksa wciąż rozkwitało marzenie o pełnej przeżyć karierze dyplomatycznej – podróżach zagranicznych, składaniu podpisów pod ważnymi dokumentami i rozmowach z czołowymi politykami świata. Dlatego z politowaniem spoglądał na starszych kolegów, wiecznie zmarkotniałych, wykorzystujących jego brak doświadczenia, by móc tylko wymigać się od najprostszych poleceń przełożonych.
Maks nie wiedział jeszcze, że w niedługiej przyszłości ulegnie to drastycznym zmianom.
* * *
− Obrzydliwa pogoda, obrzydliwi ludzie, obrzydliwy dzień i jeszcze bardziej obrzydliwe drogie linie lotnicze. - pomyślałem w pośpiechu wyciągając ze skórzanej, wysłużonej aktówki parasol i przy okazji rozrzucając drobne pod budynkiem ambasady w drodze do taksówki na lotnisko. Przemoczony, wściekły i poważnie spóźniony zastanawiałem się, dlaczego nie posłuchałem matki i nie poszedłem na medycynę. Może nie musiałbym użerać się z podstarzałymi urzędnikami ambasady, którzy siedzą całymi dniami nad rubryczkami popijając kawę i w ślimaczym tempie sporządzają raporty. Chociaż to chyba poważna obraza dla ślimaków. Ci bezemocjonalni wąsacze mają biurka obok mnie, tę samą mizerną pensję, to samo nieobiecujące stanowisko a i tak się zachowują jakbym był chłopcem na posyłki i zwracają się jak do dziecka: „Maksiu to, Maksiu tamto”. I realizują bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wszystkie zlecenia MSZ. Kolejny powód by ich nienawidzić.
Wytoczyłem się z taksówki bąkając słowa pożegnania do kierowcy i ruszyłem na odprawę. Przynajmniej zdążyłem i był to jedyny sukces i jedyny dobry aspekt tego dnia. Kolejnym miało być spotkanie z moją siostrą, która podziela moje rozczarowanie życiem i robi za kolejne zmarnowane dziecko naszej rodziny. Jak to mówią „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.
− Wyglądasz okropnie. - Matylda podała mi wodę i westchnęła. Spod śmiesznego toczka charakterystycznego dla stewardess Stargazing wystawała przybrudzona szminką biała woalka.
− Daruj sobie. Miałam dwie godziny przerwy między zmianami, na każdej z tych zmian pół samolotu roszczeniowych i irytujących pasażerów, dostałam tragiczny grafik na przyszły tydzień, jadłam cztery godziny temu a przede mną jeszcze jeden lot. - pożałowałem swojego komentarza słysząc jej wyliczenie. Ona również, kiedyś pełna entuzjazmu i planów na przyszłość, wyglądała jak cień człowieka a nie człowiek, i nienawidziła kariery, którą sama sobie wybrała. Myślała że będzie zwiedzać świat, stawać przed wyzwaniami zawodowymi, z uśmiechem wskazywać miejsca pasażerom a nie biegać godzinami po samolocie jak kelnerka i sprzątać skutki choroby lokomocyjnej podróżnych. Miała tyle wspólnego ze mną - również początkowo pełny pasji i chęci działania rozpoczynałem pracę w ambasadzie w nadziei że pnąc się po szczeblach kariery dotrę do stanowiska ambasadora i będę podejmował własne, kluczowe decyzje w poważnych sprawach. Co mi po miłości do prawa międzynarodowego, skoro nawet ono (podobnie jak obiekt westchnień z czasów studenckich) kocha mnie bez wzajemności i skazuje na biurokrację i chyba dwudziestoletni fotel obrotowy? Moje rozmyślania przerwał dzwonek oznaczający, że ktoś wzywa personel samolotu. Matylda przewróciła oczami i szepcząc „Widzimy się później” poszła do pierwszej klasy.
Ułożyłem się wygodnie w fotelu i westchnąłem wyglądając przez okno. Nazywam się Maks Konsulski i chyba przegrałem życie jeszcze przed trzydziestką. Ile bym dał za jakieś zawodowe wyzwania, dawkę adrenaliny, możliwość wyjścia zza biurka ze sklejki i wykazania się! Ile bym dał za to, aby pokazać tym urzędasom z pracy, że nie jestem „Maksiem” tylko „panem Maksymilianem”! Wywróciłbym to całe Ministerstwo Spraw Zagranicznych z ministrem na czele i całkowicie podporządkował sobie! I latałbym po całym świecie nie na wakacje raz na dwa lata a dwa razy w tygodniu i to w celach zawodowych! Z uśmiechem składałbym podpisy na ważnych dokumentach opatrzonych pieczątką z moim nazwiskiem a w spokojniejsze dni piłbym kawę w prywatnym gabinecie. Może wymieniłbym tę okropną kawalerkę, w której jedynie śpię, na przytulne mieszkanko w lepszej dzielnicy i dorobił się własnego samochodu? I przestałbym nadużywać słowa „okropne”?
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że moje życzenie się spełni, i to z nawiązką. I że początkowo będę tego żałował.
* * *
Wyspa Padagaskar, urlop Maksa
Słoneczna plaża, rum z lodem i ja. Witaj, upragniony urlopie! Obyś płynął równie powoli co dzień w mojej beznadziejnej pracy. – upiłem solidny łyk złocistego płynu ze szklanki i poprawiłem okulary przeciwsłoneczne. Mój błogostan przerwały wibracje telefonu. Niechętnie spojrzałem na wyświetlacz, widząc, że nadawcą połączenia był mój przełożony. No cóż, mam zasłużone wolne, będzie musiał poczekać do mojego powrotu. – pomyślałem i odłożyłem telefon na stolik obok leżaka. Jednak wibracje telefonu nie ustawały. Poirytowany odebrałem.
− Tak słucham? – mój ton niewątpliwie zdradzał niechęć do prowadzenia jakichkolwiek rozmów.
− Maks, musisz skończyć swój urlop najpóźniej za tydzień. Zwrócimy ci wszystkie koszty i dostaniesz podwyżkę. Albert trafił do szpitala a Adolf nie da rady wytrzymać tak długiej podróży. Jest to bardzo poważna sytuacja, będziesz musiał spędzić tydzień za granicą i zbadać pewną sprawę, ale wszystko wyjaśnię ci na miejscu.
− Ale przecież jestem tylko attaché, nie mam kompetencji…
− Dlatego dostajesz awans. – mój przełożony przerwał mi w połowie wywodu mającego ocalić moje wakacje, skutecznie odcinając drogę wszelkim argumentom. AWANS! PODWYŻKA! Wszystko wewnątrz mnie tańczyło i nie wiem, czy to przyczyna rumu, czy nowych perspektyw zawodowych.
− Zgadzam się, będę w sobotę. – udało mi się na chwilę opanować emocje.
− Wspaniale, wiedziałem że można na ciebie liczyć. – Wiesław ucieszył się tak bardzo, że myślałem, że mam omamy słuchowe.- Wyślę po Ciebie kogoś na lotnisko, dzięki Maks, będziemy w kontakcie.
− Dzięki, do zobaczenia. – uśmiechnąłem się szeroko do telefonu, aby zaraz wydać niekontrolowany okrzyk radości i wzbudzić zainteresowanie połowy plażowiczów. Chrząknąłem skrępowany widząc kilkadziesiąt par oczu skierowanych prosto na mnie i udałem się do baru, lecz tym razem nie po drinka, a po butelkę rumu. Chociaż i to może być za mało, by należycie uczcić tak wielki sukces.