Rozdział 21 - Projekty edukacyjne z PMP

Audiobook "Maks konsulski w akcji"

Rozdział 21 – Bałagan w dokumentach i nieudany urlop

Audiobook

Pobierz kazuśnik do rozdziału 21. (PDF)

Pobierz kompletny kazuśnik z prawa międzynarodowego publicznego (PDF)

Cornstrang

PO POWROCIE DO AMBASADY

− Dobrze, to spotkamy się w hali przylotów. Wyśpij się, do zobaczenia.

− Dobranoc, słońce. Widzimy się.

Zamknąłem laptopa z uśmiechem na ustach. Spojrzałem na prawie spakowaną walizkę – lecę DO NIEJ. Nie do innego konsulatu, nie na tajną przez poufną misję, lecz DO NIEJ!.

Z ogromną satysfakcją niosłem do pracy wniosek urlopowy. Szykuje się beztroski tydzień z Mają, z dala od Bartłomieja i wszystkich moich ulubionych współpracowników. Daj Boże, żeby tym razem Bartkowi nic głupiego nie przyszło do głowy…Na wszelki wypadek wyciszyłem jego relacje na Instagramie. W końcu, nie moje małpy, nie mój cyrk…

*  *  *

Wasylia

Standardowo, zabrakło mi szczęścia do pogody - zawsze tak jest gdy wracam do kraju. Co prawda, sprawdzałem prognozę kilkukrotnie i miałem świadomość, że nie obejdzie się bez otwierania parasola i ubierania bluzy, natomiast to, co zastałem, ponoć zaskoczyło wszystkich. Przyszło znaczne ochłodzenie i nasilenie opadów, a ja nie spakowałem ani cieplejszej garderoby, ani obuwia na tę ulewę. Późna wiosna i takie anomalie – kto to widział?! Z ciekawości sprawdziłem pogodę w Cornstrangu – oczywiście, że upał i pełne słońce. A mówiłem Mai, że lepszym pomysłem będzie, jeśli ona przyjedzie do mnie. Od samego wpatrywania się w szarość nieba rozbolała mnie głowa. Z zamyślenia wyrwała mnie Maja.

− Maks, słuchałeś mnie może?

Przyznam, że zrobiło mi się wstyd, jako że nie kojarzyłem niczego, o czym do mnie mówiła przez ostatnie kilka minut. Uśmiechnąłem się skonsternowany. Mój wyraz twarzy musiał wyrazić więcej niż tysiąc słów, bo Maja jedynie się zaśmiała i pokręciła głową.

− Pozwól, że powtórzę, ale tym razem skup się choć trochę, panie ważny w ambasadzie. – pokazałem jej język. – Plan jest taki: jutro wieczorem wybieramy się do teatru, a we wtorek jedziemy na chwilę nad jezioro zaczerpnąć świeżego powietrza. Reszta do uzgodnienia. Pasuje?

− Jak najbardziej, tylko będę musiał kupić jakieś buty, żeby mi moje piękne i markowe nie przemokły.

Mknęliśmy przez autostradę jej czerwoną pięćsetką. Pogłośniła radio. Zamknąłem oczy i odetchnąłem. Tydzień spokoju z Mają. Czego chcieć więcej?

*  *  *

Byliśmy w teatrze, w kinie, na fantastycznym obiedzie. Ale nad jezioro już nie pojechaliśmy. A dlaczego? A dlatego, że komuś z ambasady (Grażka, z całą sympatią, ale niech Cię kiedyś piekło pochłonie!) zachciało się plotkować o moim pobycie w kraju i ktoś z Ministerstwa stwierdził, że „to się bardzo dobrze składa”, bo, w sumie, będę mógł przeprowadzić dwu- lub trzydniowe szkolenie dla młodych, świeżo upieczonych członków służby zagranicznej. Oczywiście, odmowa nie wchodziła w grę. Telefon otrzymałem dziesięć minut przed seansem i ze złości nie pamiętam w ogóle fabuły filmu. Nawet Maja nie była w stanie mnie uspokoić. Przysięgam, kiedyś chyba oszaleję, dziw, że to się jeszcze nie stało. Idź do dyplomacji, mówili, spokojna, elegancka, bezstresowa praca, mówili.

*  *  *

Nastał wtorkowy ranek. Zamiast sportowego ubioru i wyposażenia, z wściekłością ubrałem garnitur i do pożyczonej od Mai torby na laptopa wrzuciłem konspekt napisany na szybko poprzedniego wieczoru i wyszedłem na tramwaj. Żegnaj, spokojny urlopie…

− No przecież, w czym mam ich szkolić, w zasadzie? Co to w ogóle za beznadziejny pomysł z tym szkoleniem? Moi pracodawcy naprawdę nie przestają mnie zaskakiwać…- myślałem, spoglądając na mijane kamienice. Najbardziej żal zrobiło się mi Mai, po minionych lecz ciężkich przeżyciach odczuwa jednak trudności w powrocie do normalnego funkcjonowania, trochę przygasła, a nasz beztroski tydzień miał tchnąć w nią cząstkę radości. Z ogromnymi wyrzutami sumienia całowałem ją w policzek na pożegnanie.

*  *  *

Głos znanego aktora odczytujący komunikaty w komunikacji zbiorowej stolicy zawsze wywoływał skryty uśmiech na mojej twarzy. Nawet teraz, gdy zapowiedział postój naAlejach. Wysiadłem z tramwaju i kilkanaście minut później czekałem już na „świeżaków” w sali konferencyjnej. Obiecałem sobie nie trzymać ich tam długo i wczesnym popołudniem z nieukrywaną radością pędziłem z powrotem na tramwaj. Tak minął wtorek, minęła środa. Nie wspominając już, oczywiście, o czasie spędzonym na przygotowywaniu konspektów na dni następne. Wspaniały urlop, nieprawdaż?

− Maks, odejdź wreszcie od tego laptopa, mieliśmy odpocząć i spędzić trochę czasu…

− Wybacz, ...nie mogę – naprawdę było mi żal Mai. – Ale…w ramach rekompensaty zabieram cię w czwartek na porządną kolację pożegnalną. Co ty na to?

Na szczęście, zdołałem ją udobruchać.

*  *  *

− Ostatni dzień szkoleń. Pójdzie szybko i sprawnie. Dwie, maksymalnie trzy godzinki i chociaż trochę zostanie mi z urlopu…- pierwszy raz od wtorku wkraczałem do budynku względnie zadowolony. Już prawie wchodziłem do windy przeglądając konspekt po raz ostatni, gdy usłyszałem recepcjonistkę krzyczącą tak głośno, że chyba na drugim końcu miasta byłaby słyszalna.

− PANIE, JA NIE WIEM CO PAN DO MNIE MÓWI! PROSZĘ STĄD WYJŚĆ ALBO WEZWĘ OCHRONĘ.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zdecydował się rzucić okiem na sytuację. Poprosiłem jednego z pracowników, by poinformował moich kursantów o opóźnieniu i ruszyłem w kierunku recepcji.

− Pani Krysiu, co pani taka zniecierpliwiona z samego rana? – jakby nie była taka przez dwadzieścia ostatnich lat…

− Bo widzi pan, przyszli tutaj, nie mówią po wasylijsku, ja nie wiem czego oni ode mnie chcą! Zakłócają tylko spokój! Wezwę ochronę i się skończy.

Miałem przed sobą grupę ośmiu osób. Z ich wyrazów twarzy doszedłem do wniosku, że chyba potrzebowali pomocy.

− Proszę nie wzywać ochrony, przecież nic się nie dzieje. Porozmawiam z nimi. – uśmiechnąłem się.

Zauważyłem, że część z nich próbowała komunikować się ze mną w języku wasylijskim, natomiast zdecydowaliśmy się przejść na angielski, którym wszyscy posługiwaliśmy się płynnie. Uspokoiłem ich, przedstawiłem się i zaprosiłem na kanapę, aby porozmawiać.

− Nazywam się Muhammad ibn Al – Hamas. Pozwoli pan, że będę mówił w imieniu nas wszystkich i przedstawię z imienia pozostałych – Nadia, Nafi, Omar, Zaha, Zakia, Rami oraz Elias. Jesteśmy grupą aktywistów z Bliskiego Wschodu.

− Co więc państwa sprowadza?

− No więc…dwa miesiące temu doszło w naszym kraju do przewrotu politycznego i doświadczyliśmy prześladowań ze strony nowej władzy. Mamy za sobą aresztowania, wielogodzinne przesłuchiwania, przeszukiwano nasze mieszkania, a Nadię, Zahę i Zakię pozbawiono praw publicznych. Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy uciec. W przeciwnym razie, wszyscy już byśmy nie żyli. Sam byłem bity podczas przesłuchań – Muhammad pokazał siniaki i kilka ran.

Postanowiłem szybko wyszukać w Internecie informacje na temat moich rozmówców. Faktycznie, w całym kraju znani byli z licznych manifestacji w przedmiocie laicyzacji polityki i prawa. O samym przewrocie wcześniej już słyszałem, był szeroko komentowany w mediach. Nowy dyktator drastycznie uzależniał wszelkie przejawy życia od religii oraz zwalczał najmniejsze przejawy sprzeciwu. Przeciwko polityce dyktatora protestowały liczne organizacje międzynarodowe, sam nawet podpisywałem się pod petycjami. Jak widać, niestety, działania nie przyniosły pożądanego rezultatu.

− Chcielibyśmy ubiegać się o ochronę międzynarodową w waszym kraju.

W przeszłości miałem okazję już zajmować się podobnymi sytuacjami i wydawało mi się, że wstępnie kwalifikowali się do procedury. Wyjaśniłem im, jakie prawne możliwości mają, żeby uzyskać ochronę i przedstawiłem instytucje i organy, które specjalizują się w ich sprawach.

− Zanim jednak państwa do nich skieruję, poproszę państwa o weryfikację tożsamości.

I wtedy naprawdę zgłupiałem.

Trójka aktywistów posiadała wasylijskie obywatelstwo. Wolę nie myśleć, z jakim zdziwieniem w oczach na nich spojrzałem. Już wtedy wiedziałem, że czeka mnie żmudne czuwanie nad sprawą.

Nie myliłem się. Dowiedziałem się, że jedna z osób zdążyła złożyć wniosek o nadanie statusu uchodźcy u naszego wschodniego sąsiada, przez którego terytorium udało się im wjechać do UE. Pozostali, na szczęście, wylegitymowali się paszportem swojego kraju pochodzenia. Wszyscy, przynajmniej, posiadali ważne dokumenty.

− Drodzy państwo, dlaczego nie powiedzieli mi państwo o tym od razu?

− No bo… no…

Przez dobre kilka minut próbowali się wytłumaczyć, ale już miałem dosyć.

− Dobrze, moi państwo, choć państwa sprawą zajmą się dalej wskazane przeze mnie instytucje, pragnę jednak wstępnie państwa poinformować, że…

I w tym momencie Maja postanowiła przerwać moją opowieść.

− Dobrze, Maks, wystarczy, pamiętam jeszcze na jakie akty prawne się wtedy powołać. – zaśmiała się, po czym wzięła do ust zawinięty na widelec kawałek makaronu oraz krewetkę.

Trzeba przyznać, że z prawa uchodźczego na studiach była akurat nie do zdarcia. Znała każdy szczególik. Siedziałem i nie mogłem oderwać od niej wzroku. Moja Maja, moja Pszczółka.

− Oj tam, oj tam, a pamiętasz art. 85Pierwszego Protokołu? spytałem –

Pamiętała. Wciąż mocarna. Chyba wpatrywałem się w nią za długo, bo musiała wyrwać mnie z tego zapatrzenia.

− Wszystko w porządku?

− Ja… ekhem… tak… tak…

Uśmiechnęła się.

− Słuchaj, Maja… u nas w ambasadzie niedługo zaczyna się okres wakacyjny i ambasador wyjeżdża… i w sumie to większość personelu wyjeżdża… i…i… będzie spokojniej w ambasadzie…i…ja…

Ale ze mnie ciamajda, matko.

− Maks, do rzeczy.

− I pomyślałem, żebyś przyjechała do mnie na trochę. Ja będę w pracy, ale nie zapowiada się, żebym musiał zostawać po godzinach. I… i będzie integracja pracowników. I pomyślałem, że może będziesz chciała na nią ze mną pójść?

− A w jakim charakterze?

Maju, jesteś okropna, śmiałem się w duchu.

− No, jako moja dziewczyna… przecież.

ZGODZIŁA SIĘ. JESTEM NAJSZCZĘŚLIWSZY NA ŚWIECIE, PRZYSIĘGAM.