Audiobook
Cornstrang, ambasada Wasylii
W pokoju biurowym aż huczało. Już nie dziwiło mnie, że ambasador Henryk nie pojawił się dziś w pracy tłumacząc się przeziębieniem, a wręcz żałowałem, że nie wpadłem na ten sam pomysł po oglądnięciu porannych wiadomości. Szczelnie zamknięte okna jedynie lekko tłumiły krzyki przeplatające się z tupaniem i klaskaniem tłumu składającego się z zaangażowanych narodowo obywateli Wasylii mieszkających w Cornstrangu. Wpatrywałem się w tańczącą mozaikę, którą tworzyły na moim biurku nieśmiało przedzierające się przez firankę promyki słońca. Gdyby nie protest przed ambasadą, który z każdą minutą przybierał na sile, byłby to całkiem przyjemny poranek.
Po minach moich współpracowników zgadywałem, że podobnie jak ja zrobiliby wiele, aby ostudzić sytuację na ulicy. Każdy z nas jednak zdawał sobie w pełni sprawę, że protestujący mają pełne prawo czuć co najmniej oburzenie związane ze skandalem rosnącym wokół ostatnio zawartego traktatu. W obliczu czającej się za rogiem wojny rządzący powinni zbliżyć się do obywateli i troszczyć o ich zaufanie, a nie świętować za pieniądze podatników i zataczać na schodach… W myślach przeklinałem się za to, że kiedykolwiek narzekałem na monotonię pracy w ambasadzie – rozgoryczony tłum i ogólne zamieszanie to nie ten rodzaj adrenaliny, którego potrzebowałem. Zadawałem sobie tylko jedno pytanie: „Czy ta sytuacja może rozwinąć się w jeszcze gorszym kierunku?”.
Wybuch, smród dymu, wibrujący dźwięk alarmu… – kolejne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Zanim zdążyłem się zorientować, stałem przed ambasadą obok niemniej niż ja zszokowanej Katarzyny Sowy, która przecierała osmalone okulary. Wraz z pozostałymi pracownikami, instruowani bohatersko przez Bogusława Dąbrowskiego, wmieszaliśmy się w wyraźnie zbity z tropu tłum protestujących – część z nich rozproszyła się, depcząc porzucone transparenty, u części zwyciężyła ciekawość i z napięciem czekali na dalszy rozwój wydarzeń.
– Do tyłu, do tyłu, cofnąć się! – Bogusław wymachiwał jednym ze swoich porcelanowych piesków. Musiał zdążyć zgarnąć go z któregoś z biurek podczas ewakuacji. – To pewnie tylko raca. Nie ma powodu do paniki!
– Panie Maksie, proszę patrzeć! – Katarzyna, jakby na przekór słowom szefa ochrony, ścisnęła boleśnie moje ramię. – Wygląda na to, że wszyscy możemy już bookować loty do Wasylii.
Widok faktycznie był porażający, wręcz nierealny – cała wschodnia ściana ambasady stanęła w płomieniach. Nigdy nie przypuszczałbym, że jedna petarda może spowodować taki pożar, chociaż komponował się on wręcz idealnie z ciągnącą się przez ostatnie dni serią pechowych zdarzeń. Służby ratunkowe właśnie przybyły na miejsce, odstraszając wyjącymi syrenami kolejną grupkę protestujących. Mrużąc szczypiące od dymu oczy, szukałem w tłumie Henryka – zdawałem sobie doskonale sprawę, ile kłopotów może spowodować brak zgody szefa misji na interwencję w placówce dyplomatycznej. Jednocześnie starałem się nie stracić z pola widzenia Katarzyny, której filigranowa sylwetka zdecydowanie nie była atutem w tych warunkach. Panujący dookoła chaos i tak musiał doprowadzać zwykle perfekcyjnie poukładaną księgową na skraj wytrzymałości nerwowej.
– I pomyśleć, że akurat dzisiaj Henryk wziął wolne. Ten to ma wyczucie! – głos Katarzyny drżał od emocji.
Ach tak, przecież Henryk jest przeziębiony! Otarłem mokre od potu czoło, obserwując forsujących drzwi ambasady strażaków. Płomienie lizały fasadę budynku, a od ognia bił piekący żar, który w połączeniu z lejącym się z nieba słońcem stawał się trudny do zniesienia. Oby tylko nie ucierpiały dokumenty, pomyślałem, wiedząc, że sprawa jest już najpewniej przegrana. Zamknąłem oczy, w moich uszach narastał uciążliwy pisk. „Po takich przejściach należy mi się długi urlop…”.