Audiobook
TYMCZASEM NA SALI…
− Wojna??? - słowo to zabrzęczało − moich myślach − ukłuło niczym szpilka. Czy się nie przesłyszałem? Kiedy? Jak? Tak nagle, − samym sercu cywilizowanego świata? - patrzyłem − niedowierzaniem na czerwoną od alkoholu twarz Diego, asystenta przedstawiciela, mogłoby się dotychczas zdawać, przyjaznego państwa – Republiki Wilońskiej. Może naprawdę się przesłyszałem? Ludzie po alkoholu różne rzeczy potrafią wygadywać… Ale nie, asystent jakkolwiek nieco otumaniony − chwiejący się, nie mógł być aż tak pijany, − usłyszałem wyraźnie, jak − jego ust padają słowa: „Dobrzzzze, że podpisaliście ten noooo… ten traktat, nasze bataliony już miały was nieco „zachęcić” do szybszej decyzji hehe. − i rodzin waszych przedsssawisieli sporo − nas, jeszcze by nam miejsc − więzieniach nie * hyk* starssszyło. Ale no tak to już jest jak się konsulów rozsyła po kraju, − potem nie chce współpracować. Musssicie zrozumieć, że nie każdy ma takie zasoby co wy. − naszym ludziom, naszym wyborcom, naszemu kochanemu narodowi bardzo by się przydały.”
− Tak, tak, naturalnie. − pewnością wam one pomogą. − chęcią się podzielimy, − końcu trzeba sobie pomagać, nasze narody od dawna łączy przecież przyjaźń. – − coraz większym trudem przychodziło mi utrzymanie spokojnego tonu − wyrazu twarzy, − w moim umyśle toczyła się prawdziwa walka − chęcią popędzenia do najbliższego telefonu − zawiadomienia − wszystkim władz Wasylii, NATO, ONZ − całego bożego świata.
− Wiezzziałem, że pan to jesteś prawdziwy dyplomata, nie to co tamci pacykarze. – Asystent uśmiechnął się tępo, − alkohol coraz bardziej uderzał mu do głowy wraz − opróżnianiem się kolejnych kieliszków.
− Ale proszę mi tak powiedzieć, jak dyplomata dyplomacie: rzeczywiście bylibyście − stanie nas zaatakować − aresztować rodziny naszych dyplomatów? - nie sądziłem, że udawanie rozluźnionego − przyjacielskiego będzie kiedykolwiek wymagało ode mnie aż takiej ilości wysiłku.
− − dlaszzzego nie?
− − co − sojuszami? Paktami? Zakazem agresji? Immunitetem? Ktoś by pewnie miał do was pretensje. – zacząłem się obawiać, że − moim głosie zaczęła przebijać się dociekliwość wymieszana − narastającym − każdą sekundą zdenerwowaniem.
− Aaaaa tam, wiesz kolego mój drogi, jak jest. Nasze wojska już gotowe – tylko na sygnał czekają, jak nasz presydent da roskas to zanim się obejrzycie − tych waszych parlamentarzystów już będą po waszej stolisy pędzić jak stado kóz zanim te waszzze sojusze ssssokolwiek zrobią * hyk*. Wiesz pan przesież, że to tak naprawdę nie jest ważne, ile się ma tych noooo… traktatów! Tak, traktatów, nieważne ile się ma, tylko ile szołgów − rakiet. − tych mamy dużo. Ale to kosztuje. Dużo panie kosztuje, że na nowe limusyny naszych generałów nie stać. Dlatego od was trochę forsy potrzebujemy... - asystent zamilkł, − na jego twarzy pojawił się grymas zamyślenia tak intensywnego, na jakie tylko mógł pozwolić sobie człowiek po spożyciu takiej ilości drinków. Po kilku chwilach niezręcznego milczenia jego twarz nabrała nowego wyrazu, jakby podejrzliwości − niepokoju.
− Aleeeee, słuchaj panie kolego. To tylko tak mięsy nami, prawda? Bo mnie kłopoty będą szekać jak się na górze dowiesą, co ja tu panu opowiedziałem, to tajne musi być. Ale pan jesteś dobry chłop, to ja panu ufam.
− Ależ oczywiście kolego drogi, zostanie to między nami. – powiedziałem uspokajającym tonem. Asystent, gdy to usłyszał, wyszczerzył się od ucha do ucha − zatoczył opierając się − moje ramię, nie zważając na to, że kompletnie zesztywniałem.
− Nooo, to co? Po jednym − imię naszzzzego sekretu?
− Niech będzie − po jednym.
− − tsooo ja rozumiem – prawdziwy chłop!!! Kelner! Przynieś nam soś dobrego!
Panując nad drżącą ręką wychyliłem kieliszek piekącego − gardło płynu − powiedziałem tłumaczącym tonem:
− Bardzo pana kolegę przepraszam, ale mi już chyba wystarczy, idę się położyć, bo jutro harówka, trzeba masę papierów przesłać, no żyć człowiekowi nie dadzą, jeszcze nas na trzeźwość sprawdzać będą – no skandal.
− Jak tak można? Jak taaak można? - zatroskanym głosem wybełkotał asystent. No nic, nic. To nie zatrzymuję kolegi. Zapraszam − wolnej chwili do siebie na parę głębszych. − niech kolega sssssię nie wygada s tą tajemnisą proszę.
− Oczywiście, do zobaczenia! - powiedziałem − skierowałem się − stronę wyjścia. Gdy tylko opuściłem salę bankietową, przyspieszyłem, ale nie na tyle, żeby wzbudzać podejrzenia – ostatnie co powinni zauważyć dygnitarze wrogiego, jak się okazało państwa, to mnie biegnącego − środku nocy. Najszybszą możliwą drogą dotarłem do pomieszczeń biurowych ambasady. Niemal razem − drzwiami wszedłem do swojego gabinetu − w pośpiechu złapałem za telefon, wybierając tzw. czerwoną linię.
− Proszę mnie połączyć − premierem Wasylii. TERAZ.
* * *
− Wszystko to jest jakąś kompletną katastrofą. Nic gorszego nie może się już zdarzyć po wieczorze pełnym tylu przeżyć. - myślałem podczas porannego biegania.
Kiedy wróciłem do mieszkania, zadzwoniłem do Grażyny, która zaraz po nawiązaniu połączenia krzyknęła: „Włącz telewizor!”. − mało co nie zakrztusiłem się łykiem kawy, kiedy zobaczyłem pasek informacyjny − krajowych wiadomościach − następującej treści:
"Republika Wilońska łamie prawo - realizuje nieratyfikowany traktat. Pomimo braku ratyfikacji przez prezydenta − braku zgody parlamentu Wasylii Republika Wilońska zaczęła realizować dwustronny traktat − współdziałaniu gospodarczym. Czy niektórych prawo nie obowiązuje? − może zawiniła ambasada Wasylii − Cornstrangu, gdzie odbyło się wczoraj przyjęcie − okazji zawarcia traktatu? Sprawa jest niebagatelna, bo za takie działania zapłacimy wszyscy”. Poczułem jak zaczynają drżeć mi ręce, − czoło oblewa pot. Wydawało mi się, że problemy są jak kula śnieżna, której nic nie może zatrzymać. Czy coś faktycznie nie zostało dopilnowane ze strony ambasady? - myśli kłębiły mi się − głowie. Szybko ubrałem się − wyjechałem do placówki. Panował tam straszny harmider, wszędzie było słychać dźwięki telefonów, pracownicy biegali między pomieszczeniami. Zanim zdążyłem dojść do swojego biurka, Grażyna Zrywka przekazała mi informację, że czeka na mnie ambasador − referat ds. mediów − dyplomacji publicznej. Kiedy wszedłem do gabinetu ambasadora, wydawał się być bardzo zdenerwowany, nerwowo wodził spojrzeniem po kątach pomieszczenia, jakby chciał znaleźć − nich odpowiedź, jak wyjść − tej katastrofy. Nie ma zresztą co się dziwić, widmo wojny − Republiką Wilońską, groźby, realizacja traktatu bez ratyfikacji - to wszystko dużo jak na jednego człowieka. Ja sam ledwo dawałem radę to wszystko unieść, − co dopiero musiał przechodzić pogodny ambasador Henryk? Usiadłem przy stole − czekałem, co będzie się działo. Henryk, co było do niego zupełnie niepodobne, lekko podniesionym głosem zaczął analizować sytuację.
− Co też oni wyprawiają? Przecież konieczność ratyfikacji jasno wynikała − tekstu traktatu! - po czym zwrócił się do nas wszystkich. - Jakie mamy opcje?
− Trzeba jak najszybciej notyfikować Republice Wilońskiej, że naszym zdaniem jej działania nie są podejmowane − wykonaniu traktatu, bowiem ten nie został jeszcze zawarty − próbować znaleźć wspólnie − MSZ-em wszelkie stosowne środki, żeby te działania jak najszybciej powstrzymać. – szybko odpowiedziałem. Mimo posępnego wyrazu twarzy, ambasador wydawał się być zadowolony − mojej wypowiedzi.
− Jeżeli natomiast chodzi − sprawy medialne, - przejął inicjatywę Eryk Pługa. - musi ambasador jak najszybciej oczyścić − mediach naszą ambasadę, nie dopuściliśmy się − końcu żadnych zaniedbań. Oświadczenie jeszcze dziś opublikujemy na naszych mediach społecznościowych. Dobrze by było, gdyby przyjechał też ktoś − samej „góry” − ugruntował nasz przekaz. Ambasador znów sposępniał.
- Niepotrzebny jest na nikt − „góry”! - warknął. - Musimy to sami załatwić.