Audiobook
TYDZIEŃ PÓŹNIEJ…
Cornstrang
Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Mój długo wyczekiwany urlop także dobiegł końca. Późną nocą odebrał mnie z lotniska Dominik Opona - nasz doświadczony kierowca. Lubiłem z nim jeździć. Z nim zawsze mogłem liczyć na rozmowę ciekawszą od tych prowadzonych z uprzejmości o pogodzie za oknem. I tym razem się nie pomyliłem.
Rozmawialiśmy o Padagaskarze, na którym spędziłem swoje wolne dni. Nie omieszkaliśmy też wspomnieć czasów dzieciństwa, kiedy to, jak się okazało, oboje byliśmy zapalonymi fanami „Pingwinów z Padagaskaru”. Z uśmiechem na ustach wracałem do czasów młodości, żartobliwie porównując bajkę z madagaskarską rzeczywistością. Ani się obejrzałem, a byliśmy pod moim mieszkaniem.
− Trzymaj się, Dominik! Dzięki za szybką podwózkę.
− Cała przyjemność po mojej stronie! Dobrze wiedzieć, że jest więcej takich starych młodych, co jeszcze czasami wrzucą sobie przed snem odcinek „Pingwinów”. – na te słowa udałem się w stronę drzwi do bloku.
Na górze odłożyłem walizki na miejsce, nalałem sobie szklankę wody i stanąłem w oknie, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. W tych ostatnich chwilach wolnego patrzyłem na nocny obraz miasta. Przed snem zastanawiałem się, co mnie czeka nazajutrz w ambasadzie i zamykałem oczy z nadzieją, że to nie będzie jeden z tych szalonych dni, w których nie mam nawet chwili dla siebie.
Obudziłem się skoro świt i podszedłem do lustra w łazience. Było widać gołym okiem, że pofolgowałem sobie na urlopie, więc postanowiłem jak najszybciej udać się na poranne bieganie. Przed wyjściem założyłem słuchawki, poprawiłem sznurowadła i wyszedłem na ulice miasta tak różnego od tego, któremu w nocy przyglądałem się z okna.
Po powrocie do mieszkania, popijając kawę i przeglądając poranną gazetę, jak co dzień, otrzymałem telefon od Grażyny Zrywki – naszej sekretarki.
− Maks? Nie uwierzysz. Wszyscy mają u nas jelitówkę i wysłali na lotnisko po ambasadora Bartłomieja! Przecież on jest całkiem zielony. Jak mogli wybrać kogoś tak nad wyraz niedoświadczonego? – powiedziała wyniosłym tonem.
− O zgrozo… Co ty mówisz? Przecież to będzie katastrofa.
− No mówię ci! Musisz coś zrobić, inaczej będziemy mieć porażkę na całej linii.
− Dobra, dzięki za telefon, już tam jadę. - odrzuciłem przerażony i to bynajmniej nie z powodu jelitówki.
Dlaczego wysłali tego influencera? Podskoczyłem na równe nogi i zacząłem się ubierać. Pomiędzy ostatnimi łykami kawy zadzwoniłem po Dominika i spanikowany poprosiłem go, by jak najprędzej podwiózł mnie w to samo miejsce, z którego w nocy mnie przywoził.
Los oczywiście obrócił moje pobożne życzenia z poprzedniego wieczora w żart.
− Co ja sobie myślałem? Że będę miał spokojny powrót do pracy? – zacząłem głośno myśleć w samochodzie.
− A no widzisz. Tak to jest. Jak już cię puszczą na urlop, to po powrocie musisz robić za dwóch. - skwitował Dominik.
Kiedy dotarliśmy pod halę przylotów, zobaczyłem Bartłomieja prowadzącego ambasadora Naruwii do samochodu – już z okna widziałem, że kierował ambasadora w stronę siedzenia za kierowcą. Co za bezmyślny typ, po co pcha się gdziekolwiek poza ten swój Internet… Szybko podszedłem do obu panów, przywitałem ambasadora i zaprosiłem go do drugiego samochodu, tłumacząc, że „kolega” został pilnie wezwany do wypełnienia innego zadania. Poprosiłem ambasadora Naruwii w Wasylii o zajęcie miejsca pasażera z tyłu, po skosie kierowcy, a sam usiadłem za Dominikiem. Wreszcie mogłem trochę ochłonąć, sytuacja opanowana.