Rozdział 20 - Projekty edukacyjne z PMP

Audiobook "Maks konsulski w akcji"

Rozdział 20 – Savoir vivre w ostatniej chwili

Audiobook

Pobierz kazuśnik do rozdziału 20. (PDF)

Pobierz kompletny kazuśnik z prawa międzynarodowego publicznego (PDF)

Cornstrang

Tygodnie, miesiące lecą… i w końcu jest – wyczekany awans. Jednak pal licho pracę, pal diabli ambasadę. Właśnie otrzymałem coś, o czym jeszcze miesiąc temu nie odważyłbym się nawet marzyć! Oto świętuję swój sukces z osobą, na której mi zależy. Długo nie wiedziałem co myśleć o fakcie, że aby tak się stało, pół świata musiało wywrócić się do góry nogami. Zdecydowałem jednak po prostu cieszyć się tym, co mam i jeszcze namiętniej wykorzystywać pojawiające się na mojej drodze szanse. Lub w mniej wyrafinowanych słowach Pana Bogusia: „brać, co dają”. Czy ten mały kroczek w drabinie stopni dyplomatycznych okaże się wielkim skokiem dla mojej kariery w ambasadzie? Wiedziałem, że zrobię co w moich siłach, żeby tak było. Aczkolwiek przez wydarzenia ostatnich tygodni tych sił obecnie brakowało. Zresztą nie tylko mi.

Cała ambasada ospale wracała do normalności. Chociaż, pragnąc być całkowicie uczciwym, należałoby powiedzieć: „kuśtykała”. Nie dało się bowiem zignorować wyraźnego spowolnienia i ociężałości w tym procesie. Z tęsknoty za codziennością chcieliśmy działać szybko i sprawnie. Jednocześnie nie potrafiliśmy przestać oglądać się przez ramię, jakby w obawie przed wypłoszeniem z jaskini potwora, którego dopiero co udało nam się tam uwięzić. Mimo to, ostatnimi czasy, wydarzyło się sporo rzeczy z kategorii „tych przyjemnych” np. powrót codziennych, drobnych rytuałów - dla mnie to popołudniowa kawa z Grażyną i przekomarzanie się z Radcą Bartłomiejem przy kserokopiarce. Jak się okazuje, oprócz powszechnej frustracji i rutyny, były również przyczyną osobliwego spokoju i…radości? Życie doprawdy jest niezwykłe.

Z zadumy, w którą ostatnio wpadałem coraz częściej (czy to już starość?), wyrwał mnie Marek - lub, jak lubił go nazywać Ambasador, Marco. Nie wiem, czy była to kwestia mojego nowoodkrytego optymizmu czy tego, iż po prostu byliśmy jeszcze na etapie koleżeńskich uprzejmości, ale przywitałem się uprzejmie, z zadziwiającym brakiem irytacji. Marek Mirosławiec był naszym referentem ds. konsularnych i pracował w ambasadzie od kiedy, w wyniku politycznych zgrzytów spowodowanych minionym konfliktem zbrojnym, odszedł jego poprzednik. Oficjalną przyczyną wakatu była oczywiście jego podróż na Bałkany Zachodnie.

Jakkolwiek nie mieliśmy okazji lepiej poznać Mirosławca, to w placówce panowało przekonanie, że jest dobrym, rzetelnym pracownikiem - pozwolę sobie zignorować słowa, których użyła Grażynka („nieuleczalny pracoholik”). Fakt, że za punkt honoru zdawał się mieć ustanowienie rekordu ilości przyjętych wniosków wizowych w ciągu jednego dnia, był wśród nas – zwykłych, szarych pracowników placówki - niewyczerpanym źródłem żartów i niewinnych szyderstw. Natomiast z pewnością nie sprzyjał relacji Referenta z Ambasadorem, budzącej od samego początku - jak to dyplomatycznie ująć? - wzajemne, głębokie zaniepokojenie. Tak więc, chociaż Marek nienawidził nowego imienia, którym mianował go Henryk Laskowski, znosił to cierpliwie podtrzymując między nimi pakt ustępstw i milczącego znoszenia swoich nieidealnych zachowań. Choć sam daleki byłem od jego zapatrywań na kwestię Wydziału Konsularnego (który, nawiasem mówiąc, już pierwszego dnia pracy mianował sercem ambasady), to przepowiadałem nam przyszłość w jasnych barwach – z tego co słyszałem Mirosławiec również był fanem „Niewytłumaczalnych Zdarzeń”

− Czołem, kolego! – odwzajemnił powitanie Marek. - Masz może minutkę lub dwie? Sam jestem zarobiony. Paszporty, wizy: wiesz, jak jest! Niekończąca się krzątanina, papierologia… Ale lubię tę robotę, to poczucie sprawczości, myśl, że masz realny wpływ na czyjeś życie, być albo nie być…

− Marku? – zerknąłem na niego pytająco. Nie wiem, gdzie podziało się moje pozytywne myślenie, ale w tamtym momencie miałem tylkojeden zamiar: uciąć ten niespodziewany wybuchu poufałości nim przyskrzyni mnie do nocy przy ekspresie do kawy.

− O czym ja to? Ah tak! Wiesz, jutro jest ta impreza. Yy… no i, nie będę owijał w bawełnę, nie wiem jak to wy się tam nosicie. To mój pierwszy raz na takim oficjalnym „przyjątku”, nie chciałbym się wygłupić. Rozumiesz? No bo jak to by wyglądało? Referendarz ds. konsularnych i jakaś gafa – co by to mówiło o całej placówce? Wiesz, ja mam takie przeświadczenie…

Zanim jednak Marco na dobre rozpoczął wykład na temat swojego systemu wierzeń i przekonań, zasugerowałem, aby pokazał swój strój, który - jak zdążył mi już opowiedzieć – odebrał dziś rano z pralni chemicznej i dodatkowo wyprasował. W drodze do biura Referenta sam zacząłem rozmyślać, w czym pokażę się jutrzejszego wieczoru. „Przyjątko”, o którym wspominał Referent, było w rzeczywistości charytatywnym koncertem kończącym kilkudniowe warsztaty prowadzone w Ambasadzie przez członkinię Rady Wykonawczej Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – prof. Denise Müller. W świetle minionych wydarzeń, rzeczowa powtórka z międzynarodowego prawa humanitarnego była dla nas więcej niż przydatna.

Przemierzając labirynty korytarzy i schodów jednym uchem słuchałem opowieści Marka i jednocześnie próbowałem w głowie skompletować swój strój. Kiedy jednak dotarliśmy do celu, mój dylemat pt. „krawat czy mucha” wydał mi się niezwykle małostkowy. Oto przede mną wisiał frak…biały?! Na usta cisnęło mi się pytanie, czy była to jego ślubna kreacja – nie zadałem go tylko dlatego, że bałem się uzyskać odpowiedź twierdzącą. Tymczasem Referent ciągle krzątał się przy wieszaku, aż spod tej hybrydy wszystkich moich koszmarów wyjął dwa inne wieszaki.

− Byłem w pralni to od razu podrzuciłem tego starocia. Od dawna chciałem go odsprzedać. – wyznał Marek przewieszając frak. Przyznam, że nieźle mi ulżyło, bo nie wiem, czy potrafiłbym uprzejmie zdyskwalifikować tego zawodnika.

– O, a tutaj są te dwa. Nie potrafię zdecydować. – skomentował i strzepnął z ramienia ciemnej marynarki niewidzialne paprochy. Do tego czarne, gładkie spodnie i beżowy golf. Drugi zestaw składał się zaś z garnituru i białej koszuli, na których widok wewnętrznie odetchnąłem.

− Numer dwa, Marku. Bezkonkurencyjnie. – podsumowałem pocierając dłonią powieki i próbując pozbyć się powidoku weselnego stroju Mirosławca.

− Dokładnie tak myślałem. Prosto, elegancko, z klasą. Ostatni raz się tak wystroiłem, zastanówmy się…

I zanim Referent Marek dokończył swą myśl ja już mknąłem korytarzem w drodze do ekspresu po kolejną kawę, na którą - bez wątpienia - zasłużyłem.