Audiobook
Maks na wyjeździe służbowym w Wasylii
− Jakże musi być ze mną beznadziejnie, że nawet wybryki ambasadowego influencera nie są w stanie mnie rozbawić. − pomyślałem, patrząc na wściekłe błyskawice szalejące za oknem i niczemu niewinne szare, zapłakane niebo, które jest adresatem ich gniewu bez powodu. Jakże to podobne do mnie! Mam wrażenie, że cały świat się zmówił, aby sprawdzić granice mojej wytrzymałości. Jak to leciało? „Życie to długa podróż, a ja mam tylko rower”?
Nie mogę wymazać z głowy tamtego przerażającego reportażu. Martwię się o Maję, czy jeszcze kiedyś się spotkamy? Obiecywaliśmy to sobie od jej wyjazdu, nie do końca wierząc w realizację tej obietnicy. Z progów uczelni odeszliśmy w zupełnie różnych kierunkach, z myślą, że pewnie nie miniemy się na trasie. Ale przecież ziemia jest okrągła, może jest więc jakaś nadzieja na to, że nasze ścieżki jeszcze się przetną…? Że bezpiecznie wróci? Jeśli tak, wyznam jej uczucia, tylko niech będzie cała i zdrowa…
− A może w jej życiu jest ktoś inny,
egoisto? − złośliwy głosik w mojej głowie postanowił dobić mnie jeszcze bardziej.
− Jeśli nawet jest, to czy pokocha ją w taki sam sposób, jak ja…? − otrząsnąłem się z letargu, uświadamiając sobie, że rozmawiam sam ze sobą
Moje żenujące rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Zdziwiony podniosłem się z podłogi i nacisnąłem klamkę, nie spodziewając się żadnych gości.
− Przesyłka dla pana! − listonosz podał mi paczkę i pożegnał się. Zamknąłem mieszkanie i podejrzliwym wzrokiem lustrowałem tajemniczy pakunek, bo nie przypominałem sobie, abym w ostatnim czasie coś zamawiał. Maja zeszła na dalszy plan, gdy rozcinałem zlepek taśmy i kartonu. Moim oczom ukazał się czarny dyktafon.
Pospiesznie obejrzałem całe pudełko, doszukując się pomyłki w adresie. Nie znalazłem nic takiego. Paczka była zaadresowana do mnie. Do urządzenia była dołączona tylko jedna kartka − współrzędne ułożone z liter pochodzących z gazet. Gdy gwałtownie wstałem od stołu z zamiarem wyrzucenia tego osobliwego „prezentu”, uważając go za czyjś idiotyczny żart, strąciłem ze stołu dyktafon. Ten uruchomił się i zaczął odtwarzać taśmę, której treści wolałbym nigdy nie poznać:
− No cześć, żmijo…
− Grzechotnik, Edgar, Grzechotnik! Żmije są mniej groźne i mają brzydsze umaszczenie i ułożenie łusek. Jeśli mamy współpracować i oboje wyjść z tego żywi, to lepiej, abyś sobie to zapamiętał.
− No już, Hossam, zażartować nie można. Mów lepiej, czy zrobiłeś co obiecałeś.
− Edgarze, znamy się tyle lat, powinieneś wiedzieć, że zawsze wywiązuję się ze swoich zobowiązań. I nie toleruję żartów, gdy chodzi o duże pieniądze, w tej sprawie jestem „śmiertelnie” poważny, zwróć proszę uwagę na słowo „śmiertelnie”…
− Naprawdę nie znasz innych epitetów? „Śmiertelnie” to mnie zanudza twoje ubogie słownictwo. Ale dobra, przejdźmy sobie do tego, co mnie bardziej interesuje niż twoje zasoby środków językowych, czyli te małe wrzody na organizmie mego politycznego majestatu. Jak im się podoba pobyt w twoich skromnych progach? Nie brakuje im Internetu? A może zaczęli być nieco bardziej rozmowni?
− Ależ skąd! Uczą się trochę chemii i biologii, oczywiście w praktyce, ale wszyscy są jeszcze żywi, zgodnie z Twoją prośbą. Co do rozmów − niestety jacyś mało komunikatywni, może w sobotniej dostawie kolegów i koleżanek znajdą się bardziej wygadani…
− Liczę że o to zadbasz. Dostałeś na Telegramie dane samolotu i trasę oraz wszystkie szczegóły lotu. Tylko nie chcę skandalu. Masz zrobić symulację tego wypadku tak, aby nikt nie zadawał pytań. To jedyna taka szansa, tylko teraz w podróż służbową lecą oni wszyscy.
− Jestem profesjonalistą, Edgar. W przeciwieństwie do ciebie, bo nie umiesz poprowadzić kampanii wyborczej tak, aby opozycja ci nie zagrażała i musisz organizować zamach, aby cokolwiek…
− Skończ! Kierujemy się tą samą maksymą, Hossam, mianowicie cel…
− Uświęca środki, mógłbyś przestać to powtarzać? Kontynuując. Zgodnie z naszą umową − ja ci przekazuję informacje wyciągnięte siłą z twoich wasylijskich konkurentów politycznych, a ty mi pozwalasz prowadzić na nich badania i zabrać sobie samolot. Samolotem atakuję prezydenta Wasylii, którego tak nie lubisz, bo ma większe portfolio w krypto od ciebie…
− NIE MA WIĘKSZEGO PORTFOLIO! Przestań mnie krytykować!
− W każdym razie pozbywam się tego prezydenta atakiem na świątynię podczas spotkania z innym prezydentem w poniedziałek. A żeby nikt nie szukał twoich kolegów ze świata nudziarzy pod krawatem to podrzucam zwłoki ubrane w ich rzeczy do morza, razem ze szczątkami innego samolotu, wiesz że niby katastrofa lotnicza…
− Bardzo mi się podoba twoja kreatywność, Grzechotniczku. Gdybyśmy tylko chcieli, to byśmy cały świat zdobyli…
− Ale mam jedno ważne pytanie…
− A więc pytaj…
− Czy mogę sobie zabrać ich biżuterię..?
− Hossam, Hossam, a bierz sobie te żelastwo. Kiedyś cię zgubi ta miłość do błyskotek. Powinieneś chyba zmienić ksywkę na „Sroka”, bardziej do ciebie pasuje.
− A ty na Struś.
− Dlaczego..?
− Bo chowasz głowę w piasek i to ja odwalam całą brudną robotę!
− Ale nie swoimi rękami. Cóż, nieważne, muszę kończyć. Możesz sobie obejrzeć mój występ w telewizji, za pół godziny na żywo. Będę mówić o prawach człowieka, oboje lubimy ten temat, prawda?
− Oszczędzę sobie tej przyjemności. Czekaj jutro na telefon.
− Do usłyszenia, gadzino.
Dyktafon wydał z siebie piszczący dźwięk, co zasygnalizowało koniec taśmy. Osunąłem się na ziemię i ukryłem twarz w dłoniach.
− Masz swoją adrenalinę. − znów cichy głosik krytyka w mojej głowie wyprowadzał mnie z równowagi.
− CICHO! -krzyknąłem, po czym po raz kolejny dziś stwierdziłem, że muszę udać się doterapeuty. Jednak to nie kwestia mojego zdrowia psychicznego była teraz najważniejsza. Porwałem z fotela kurtkę, nałożyłem sportowe buty i w biegu chwytając zawartość makabrycznej przesyłki wyszedłem z mieszkania.
* * *
Policjant z zamyśleniem pocierał brodę, słuchając moich zeznań i treści nagrania i co jakiś czas zawzięcie notował coś w grubym notesie:
− Dobrze że pan do nas przyszedł. Zabezpieczymy ten samolot, na szczęście potencjalni sprawcy podali godzinę lotu i dane pojazdu. Nie możemy jeszcze ich aresztować, musimy działać wieloetapowo dla dobra sprawy… − ulżyło mi, słysząc słowa policjanta. -Edgar Storm, od początku wiedziałem, by nie głosować na tę szumowinę! − nagle policjant ożywił się, a ja, speszony (ponieważ niestety głosowałem na tę „szumowinę”) wolałem zasłonić się pośpiechem i nie wdawać w polityczną pogawędkę. Pożegnawszy się, wróciłem do domu, gotowy do powrotu do Cornstrangu. Świat na dziś uratowany, mogłem więc zasnąć spokojnie w poczuciu spełnionego obowiązku.
* * *
Westchnąłem po skończonej odprawie przed odlotem, czując niepokojący ucisk w brzuchu. To dziś miał się rozpocząć najbardziej obrzydliwy proceder, o jakim kiedykolwiek słyszałem. To dziś niewinni ludzie mieli zginąć w imię dążenia do władzy i bogactwa dwóch jednostek. Polityk, którego szanowałem i wspierałem miał przyłożyć do tego rękę, wchodząc w brudne układy z gadami. Współczesny Makbet, zdrajca, który kreował się na wybawiciela narodu i znawcę praw człowieka. Ot, ironia losu, syreni śpiew w telewizyjnych programach. Pozostało mi liczyć na to, że służby wypełnią swoje zadanie, a Edgar Storm i ten fanatyk gadów, z którym rozmawiał poniosą odpowiedzialność za swoje czyny.
W oczekiwaniu na wpuszczenie na pokład samolotu poczułem wibrację telefonu. Z braku lepszego zajęcia postanowiłem sprawdzić, co to za wiadomość, wyczuwając maila z ambasady. Jednak było to coś zdecydowanie piękniejszego, co odwiodło mnie od myśli o układzie, o którym dowiedziałem się wbrew własnej woli. To była Maja! Wysłała mi swoje zdjęcie z psem rodziców, przepraszając za brak kontaktu, ponieważ bestie, które ją złapały, zabrały jej telefon. Chciała zadzwonić, aby opowiedzieć mi historię swojej ucieczki, jednak właśnie w tym momencie musiałem wejść na pokład samolotu. Mimo to zdążyłem wystukać szybką wiadomość z obietnicą kontaktu wieczorem i w znacznie lepszym humorze zacząłem szukać swojego miejsca. Pełny nadziei na lepsze jutro pogrążyłem się we śnie. Może jednak ten świat, który zmówił się, aby mnie zniszczyć, postanowił ten jeden raz pogłaskać mnie po policzku?
* * *
Obudziłem się, słysząc poruszenie w przedniej części samolotu. Odruchowo spojrzałem na zegarek, z radością stwierdzając, że zgodnie z planem za 10 minut będę mógł porozmawiać z Mają i odpocząć w hotelu. Spojrzałem na ekran pokazujący trasę samolotu i zadrżałem widząc krzywą linię zbaczającą z kursu. Podczas serii krótkich, następujących po sobie wydarzeń, gdy samolot najpierw niebezpiecznie przechylił się w lewo, powodując panikę u pasażerów, a potem gdy w końcu kazano nam z niego wysiąść i podążać w nieznanym kierunku, otrząsnąłem się ze stanu półsnu i połączyłem fakty. Poczułem chłód stali przy skroni i usłyszałem dźwięk odblokowanego magazynku. Teraz zacząłem naprawdę się bać.
* * *
W tym samym czasie, Wasylia, studio telewizyjne
Podczas tych wydarzeń Edgar Storm przygotowywał się do konferencji prasowej a wieczorem miał wystąpić w programie „Okiem Polityka”, który cieszył się ogromną oglądalnością. Co mogło pójść nie tak? Czuł zapach sukcesu z kilometra, jednak mimo to stres dawał mu się we znaki:
− Więcej pudru, nie mam zamiaru się świecić. − polecił wizażystce, a gdy jego prośba została spełniona udał się na balkon w studio. Musiał wykonać ważny telefon. Telefon, od którego zależała jego przyszłość.
− Hossam, dodzwonić się do ciebie jest trudniej niż do kancelarii prezydenckiej. Miałeś informować mnie na bieżąco! − trzęsącymi się dłońmi otworzył papierośnicę i wyciągnął z niej jednego papierosa, którego odpalił zamaszystym ruchem.
− Edgar, moi ludzie są w trakcie operacji, samolot zaraz ląduje…
Edgar poczuł, jak miękną mu nogi a przed oczami pojawiają się mroczki.
− Chwila. − polityk wziął głęboki wdech. − który samolot kazałeś zaatakować?
− Stargazing, tak jak mówiłeś. O 8:27.
Storm opadł na szklaną barierkę tarasu i wydarł się do słuchawki:
− TO MIAŁ BYĆ STARDUST! STARDUST! I miał odlecieć o 7:27! Zaatakowałeś zwykły samolot pasażerski!
Po drugiej stronie słuchawki zapadło milczenie, które przerwał realizator wchodzący na taras:
− Panie Storm, proszę się przygotować, zaraz wchodzimy na antenę.
Edgar wyszedł z tarasu, a wrodzona pewność siebie opuściła go, tak jak dym opuszczał niedopalonego przez niego papierosa.
* * *
Niewielka, bezludna wyspa na u wybrzeży Republiki Jawy
Piesza wędrówka mnie zmęczyła, jednak nie tak bardzo, jak moje myśli w szaro białej celi, które urządzały sobie w mojej głowie prawdziwe walki gladiatorów. Słyszałem płacz dzieci za ścianą i dyskusje w obcym mi języku. Nie skupiałem się jednak na tych dźwiękach. Zastanawiałem się, jak różne mogą być historie ludzi, którzy byli ze mną na pokładzie. Może ktoś był w drodze do umierającej bliskiej osoby? Może ktoś wyjeżdżał na studia? W podróż poślubną? Ktoś inny na wakacje, na które odkładał kilka lat?
Ja również miałem swoją historię. Moja kariera w końcu zaczęła rozkwitać, na koncie znajdowała się całkiem słuszna suma pieniędzy, którą chciałem przeznaczyć na większe mieszkanie i nowy samochód, Maja była bezpieczna i nic już nie stawało na przeszkodzie, żebyśmy się spotkali… Może w końcu udałoby się mi wyznać skrywane od tylu lat uczucia? I może zostałyby odwzajemnione… Jednego byłem pewien − gdyby moi oprawcy dali mi telefon chociażby na minutę, zrobiłbym to teraz. Nawet wiedząc, że to uczucie się nie spełni, przynajmniej nie w tym życiu. Pomyślałem również o rodzicach, o Matyldzie, z którą kontakt zaniedbywałem w ostatnim czasie przez pracę. Do niej również obiecałem zadzwonić, gdy będę na miejscu, bo Mati należy do osób, którzy martwią się za wszystkich i o wszystkich i to doprawdy dziwne, że jeszcze całkowicie nie osiwiała. Na tę myśl uroniłem łzę, którą pochłonął kołnierzyk mojej koszuli. Ocierając policzek zobaczyłem, że gwiazdka na bransoletce, którą przed laty dała mi Matylda wmawiając ckliwe bzdury, że przynosi szczęście i że mam jej nie ściągać chyba że idę pod prysznic, mrugnęła dwa razy na niebiesko. Jeśli ten „cud techniki” działa, to znaczy, że Matylda puknęła w bransoletkę dwa razy, co oznaczało prośbę o kontakt. Przypomniałem sobie ten dziwny kod, który mi podała i wystukałem bez specjalnych oczekiwań formułę „Jestem w niebezpieczeństwie”. Bransoletka zaświeciła się na czerwono, a następnie zgasła. Po chwili, gdy tracąc nadzieję na ratunek zdecydowałem się spróbować zasnąć, zobaczyłem zielone światełko, co znaczyło „Przyjąłem/Przyjęłam”. Nie wierząc zbytnio w moc bransoletki przywiezionej z wycieczki szkolnej pogrążyłem się we śnie, niepewny swojego losu.
* * *
W tym samym czasie, Wasylia, Mieszkanie Matyldy i Komisariat Policji
W tym czasie zaniepokojona brakiem kontaktu ze strony Maksa Matylda po osiemdziesiątej szóstej próbie połączenia i jakichś sześćdziesięciu nieodczytanych wiadomościach zdecydowała się sprawdzić, czy Maks wywiązuje się z obietnicy noszenia bransoletki, którą podarowała mu po wycieczce szkolnej. Z bijącym sercem wystukała formułę „Zadzwoń”. Zastanawiała się, czy jej błyskotliwy braciszek chociaż naładował ten gadżet, do którego noszenia tak go zmusza. O tym, że bransoletka ma w sobie mini nadajnik GPS wolała mu już nie wspominać, korzystając z tego, że Maks raczej nie interesuje się zbytnio nowoczesną technologią, a gdyby miał taką wiedzę to uznałby ją za wariatkę.
Gdy zobaczyła czerwone światełko wskazujące na to, że Maks wystukał formułę „Jestem w niebezpieczeństwie” pobrała współrzędne z jego nadajnika do aplikacji i udała się cała drżąc na komisariat policji, w którym wcześniej był już Maks z nagraniem z dyktafonu.
* * *
− Chce pani powiedzieć, że pani bransoletka się zaświeciła na czerwono i dlatego ma pani współrzędne brata i chce, abyśmy go znaleźli, tak? − policjant, do którego przyszła Matylda usiłował znaleźć logiczny ciąg przyczynowo − skutkowy.
− Tak, dokładnie to chcę powiedzieć. Leciał dziś rano samolotem…
− Stargazing? − policjant przypomniał sobie zgłoszenie z dnia wcześniej i konstrukcja, którą usiłował poskładać, nabrała sensu. − Czy pani brat to Maksymilian Konsulski?
− Tak dokładnie, ale nie rozumiem o co…
− Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. − policjant wybiegł z pokoju, zabierając po drodze kartkę ze spisanymi współrzędnymi.
* * *
Wasylia, studio telewizyjne
Edgar siedział za szklanym stołem i rozkoszował się dotykiem puszystego pędzla z pudrem, który nakładała mu telewizyjna wizażystka. Niepowodzenie operacji Grzechotnika spędzało mu sen z powiek, jednak musiał skupić się na tym, co tu i teraz − aby pokazać się z jak najlepszej strony i zjednać sobie serca telewidzów. Uśmiechnął się, ukazując śnieżnobiałe zęby, widząc czerwone światełko przy kamerze. Mimo wszystko czuł wewnętrzny niepokój.
− Dzisiejszym gościem programu „Okiem Polityka” jest Edgar Storm, prezes partii „Miodowe lata”, ekspert w dziedzinie praw człowieka, doktor nauk prawnych i magister ekonomii, którego przedmiotem zainteresowania są między innymi kryptowalu…
− Wszyscy ręce do góry! Panie Storm, jest pan aresztowany pod zarzutem współudziału w przejęciu samolotu, proszę nie stawiać oporu, wszystko sobie wyjaśnimy. − emisję programu przerwało wtargnięcie służb specjalnych.
− Ale szanowni państwo, to jakaś pomyłka… proszę natychmiast wyłączyć te kamery! − z ust Edgara padało przy tym mnóstwo niecenzuralnych słów. Na oczach widzów, których miał dziś do siebie przekonać, został aresztowany, choć niewątpliwie w spektakularny sposób, czyli tak jak lubi.
* * *
Republika Jawy
Siedziałem w pokoju hotelowym i od godziny cierpliwie wysłuchiwałem Matyldy, która wydeptywała ścieżkę od aneksu kuchennego do kanapy w salonie, żywo gestykulując.
− Jak mogłeś nic nie powiedzieć? Nie jesteś Jamesem Bondem, na litość! Taka taśma w tylko twoich rękach…Maja prawie oszalała! − uśmiechnąłem się na tę wzmiankę. -A gdybyś rodziców widział! Gdybyś tylko ich widział i musiał wysłuchiwać…
− Uspokój się, Mati… − cała się trzęsła, więc pierwszy raz od świąt Bożego Narodzenia, tych dwa lata temu postanowiłem ją przytulić. − Na pocieszenie ci powiem, że obiecuję nigdy już nie zdjąć tej twojej bransoletki.
− A tylko byś spróbował! Gdyby nie ja i ta „durna” jak ją nazywałeś bransoletka, to te twoje grzechotniki by cię zjadły!- Matylda mocno klepnęła mnie w plecy, a ja zastygłem w uścisku. Uświadomiłem sobie, jak bardzo bogaty jestem. Mam kochającą rodzinę, osoby które się o mnie martwią, którym zależy na moim bezpieczeństwie. Na skrzynce czeka mnóstwo wiadomości z ambasady pełnych pytań o moje samopoczucie. To wszystko jest cenniejsze niż wysokie stanowisko, znaczne zarobki i wszystkie dobra materialne. Szkoda, że potrzebowałem Grzechotnika i Edgara, aby to zrozumieć i docenić coś, co uważałem za normalne, a w rzeczywistości jest luksusem.
− Mati, a co z „Grzechotnikiem” i jego świtą po aresztowaniu Edgara? − spytałem, przerywając ciszę.
− Wszystkie gady są w terrarium i prędko stamtąd nie wyjdą. − zaśmiałem się na to stwierdzenie. Aż chciałoby się rzec „i żyli długo i szczęśliwie”, ale jeszcze jest na to za wcześnie w tej opowieści…