Rozdział 15 - Projekty edukacyjne z PMP

Audiobook "Maks konsulski w akcji"

Rozdział 15 – "Pszczółka"

Audiobook

Pobierz kazuśnik do rozdziału 15. (PDF)

Pobierz kompletny kazuśnik z prawa międzynarodowego publicznego (PDF)

Cornstrang

Nawet nie wiem, kiedy obrano mnie koordynatorem ds. logistyki, grupowym terapeutą i wykonawcą usług przeprowadzkowych. Pomiędzy kompletowaniem akt, noszeniem kartonów i parzeniem melisy dla rozdygotanego Radcy Batłomieja, z telefonem wetkniętym między ramię a ucho próbowałem zsynchronizować cały proces z panem Bogusiem. Ten nabrawszy trochę hartu ducha po zjedzeniu swojego ulubionego batonika „Pawełka” (którego kupienie w Cornstrangu graniczy z cudem) dzielnie kursował między placówką a lotniskiem i ustanawiał coraz to nowe rekordy prędkości przejazdu.

Do mieszkania dotarłem w zasadzie już o świcie, a to jedynie po to, by wziąć prysznic i ewentualnie poleżeć parę godzin gapiąc się w sufit - przez nadmiar emocji o śnie nie było mowy. Najgorsze było to, że jutro od rana czekała nas wszystkich powtórka z rozrywki, na którą żaden z pracowników ambasady nie kupował biletu. Zgoda – tęskniłem za odrobiną adrenaliny i uczuciem pulsującej krwi, ale nigdy nie byłem fanem jazdy na tych wielkich kolejkach górskich …bez pasów.

Nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, nieprędko i ociężale zacząłem pakować ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy do bagażu podręcznego. Ostatni raz, kiedy używałem tej walizki było to wtedy gdy… hmm… gdy rozpakowywałem się po swoim urlopie! „Popatrz jak wszystko szybko się zmienia. Coś jest, a później tego nie ma.” - zacząłem nucić numer z nastoletnich lat i rozmyślałem nad tym, że nie taka praca w ambasadzie zła, jak ją dotąd malowałem. Nie upłynęło nawet pięć minut zanim z kontemplacji wyrwał mnie widok, który w każdym innym kontekście sprawiał, że mój brzuch wypełniał się motylami. Teraz jednak czułem się jakbym połknął stertę kamieni. Oto przed moimi oczami - a konkretnie na ekranie telewizora, który do tej pory służył mi jako soundtrack do włóczenia się po mieszkaniu - stała Ona.

Majka Bielecka.

Błyskotliwa, oczytana i, no cóż, jak zwykle piękna. Znajomi nazywali ją Pszczółką. Dziwnie mi, kiedy teraz o tym myślę, ale odnajdowałem szczególną przyjemność w zwracaniu się do niej w ten sposób. To w końcu tak, jak gdybyśmy byli par… ekhm… przyjaciółmi.

Aura ostatnich wydarzeń jednak szczególnie sprzyjała rozliczeniom i podsumowaniom, co zmusiło mnie, żeby w końcu przyznać się przed samym sobą:

Majka była moją pierwszą i … ciągle żywą miłością, która targała moje serce przez całe studia. Nie raz, nie dwa zamiast słuchać wykładowców zdarzało mi się wyobrażać naszą wspólną przyszłość. Ja w roli Billa, ona jako Hillary. Kiedy Maja była Simone, ja stawałem się Sartrem. Wszystko potoczyłoby się jak należy, gdyby nie zrezygnowała z prawa na rzecz dziennikarstwa. To prawda - zawsze dostawałem przy niej miękkich kolan, i prawda - ani razu nie odważyłem się zaprosić jej na randkę. Jednak wówczas, w moim mniemaniu, „najmądrzejszym” rozwiązaniem było obrazić się na dobre na Instytut Mediów i Komunikacji za pozbawienie mnie pretekstu do spotkań z Nią.

Zdębiałem. Nie potrafiłem niczego zrozumieć i jedyne, co wiedziałem to to, że straciłem czucie w dłoniach, a butelka szamponu, którą chciałem przed sekundą wrzucić do kosmetyczki, opróżniała właśnie swoją zawartość na podłodze prosto pod moje stopy. Przecież jeszcze dwa dni temu rozmawialiśmy razem na FaceTime i wspólnie żartowaliśmy z instagramowych relacji Radcy Bartłomieja.

Majka była korespondentką wojenną i kiedy dowiedziała się, że wysyłają ją do Republiki Jawy napisała do mnie wiadomość – pierwszą po paru dobrych latach milczenia. Mimo podłych okoliczności poczułem wtedy ekscytację. Liczyłem bowiem po cichu, że może tym razem los uśmiechnie się do mnie i uda nam się spotkać.

„Działania ratownicze, …podziemia, … schron” - z głośnika płynęła kaskada słów, z której nic nie potrafiłem wywnioskować. Widok twarzy Mai, która za wszelką cenę próbuje zachować profesjonalizm, skutecznie utrudniał mi to zadanie. Po kilku (oczywiście nieudanych) połączeniach do niej wróciłem przed telewizor.

Od tamtej chwili każde słowo Majki, która oparta o ambulans odpowiadała dziennikarzowi na pytania, mimowolnie wyryło się w mojej pamięci. Do momentu wyjścia do pracy przekopałem chyba cały Internet wyszukując informacji jeszcze (jakimś cudem) niezauważonych. Przez resztę dnia usilnie próbowałem otrząsnąć się z porannego szoku, ale fragmenty wiadomości na zapętleniu odgrywały się w mojej głowie passusami: „(…) w celu relacjonowania działań ratowniczych prowadzonych w stolicy Republiki Jawy, korespondentka Maja Bielecka udała się do pobliskiej szkoły, w której podziemiach zorganizowano schron. Budynek był chroniony przed atakiem strony przeciwnej przez mężczyzn należących do miejscowej formacji obrony cywilnej, którzy wyposażeni byli w pistolety oraz rewolwery.”

„Stop! Wracaj do pracy” – ganiłem siebie w duchu raz po raz. A pracy przecież było dużo. Zadania zdawały się piętrzyć i pączkować w tempie odwrotnie proporcjonalnym do ilości czasu, który pozostał do opuszczenia ambasady.

Po chwili znowu: „(…) w trakcie prowadzenia wywiadu z prezydentem miasta w jednej z klas, pod obiekt podjechał długo oczekiwany transport sanitarny, który miał dostarczyć potrzebnych środków medycznych i higienicznych. Z relacji przechodniów wynika, że z ciężarówki opatrzonej znakiem czerwonego krzyża wysiedli jednak uzbrojeni żołnierze i przystąpili do ataku na szkołę, która według ich danych wywiadowczych gromadziła i przechowywała w środku broń. W trakcie operacji okazało się, że szkoła pełna jest ludności cywilnej chroniącej się w niej po tym, jak ich domy uległy zniszczeniu na skutek ataków bombowych. Realizując zadania wynikające z przekazanych danych wywiadowczych, grupa operacyjna zdecydowała się zatrzymać cały personel OC wraz z prezydentem miasta i korespondentką.”

„Nic jej już nie grozi. Widziałeś, że jest cała i zdrowa. Skończ pakować segregatory z tego regału i potem sprawdzisz wiadomości” – mruczałem do siebie pod nosem. Czy wspominałem już o tym, że pasowałoby pójść do specjalisty z tym całym gadaniem do siebie?

*  *  *

Głos Mai jednak nieodparcie wtórował każdej mojej myśli: „Umieszczono nas w małej salce i pozbawiono wszystkich rzeczy osobistych - dokumentów i telefonów komórkowych też. Było tam strasznie ciasno. Kazali nam zrzec się wszelkiej ochrony prawnej jaką posiadamy jako jeńcy wojenni. Potem jednego po drugim przesłuchiwano nas. Byłam zdezorientowana i nie wiedziałam co się dzieje, dopóki nie zażądali informacji o miejscu ukrycia poszukiwanej broni i amunicji. (…) Nie. Nie bili nas. Nie torturowali fizycznie, ale poniżali i zastraszali.”

W końcu nie wytrzymałem i włączyłem ukradkiem na smartfonie serwis informacyjny. Wszystkie artykuły grzmiały to samo:

„Atak na szkołę! W wyniku zastosowanej presji korespondentka wojenna ujawniła informacje o miejscu przechowywania dużej ilości broni ofensywnej i amunicji przez Republikę Jawy, którą powzięła w trakcie rozmowy poprzedzającej wywiad z prezydentem miasta. Po potwierdzeniu informacji korespondentka została wypuszczona z niewoli. … Dowiedz się więcej!”

Nie tak to miało wyglądać! Po tych wszystkich latach mieliśmy znowu się zobaczyć – tym razem tysiące kilometrów od domu. Z daleka od przeszłości i dawnych niedomówień - najpiękniejsze dzieło przypadku. Co prawda nie dało się nie widzieć szalejącego wokół nas konfliktu zbrojnego, ale jak to śpiewali Deep Purple? „Love conquers all”?

Pech chciał, że w tym momencie obok pokoju mknął, a raczej [z zadyszką] truchtał Ambasador, Henryk Laskowski.

Ostatnią rzeczą na jaką miałem siłę było usprawiedliwianie swojej, bądź co bądź, kiepsko wyglądającej „przerwy na telefon” i tłumaczenie całej tej tragicznej historii, która owładnęła moim życiem na ostatnie 12 godzin. Mentalnie wywiesiłem więc białą flagę, pokornie przyjąłem naganę i wróciłem do pakowania segregatorów.

Zrezygnowany tylko mruknąłem (znowu!) do siebie: „Czy ten dzień może być gorszy?!”.

Odpowiedź pojawiła się wkrótce…