Audiobook
Morze Wielkorybne, pokład statku „Błękitna Przygoda Hao Tonga”
− Ekhym, przepraszam, może zejdę pod pokład. – powiedziałem do załogi statku o jakże wspaniałej nazwie „Błękitna Przygoda Hao Tonga”. Zawsze byłem pełen podziwu dla ludzi, którzy potrafili wytrzymać na chociażby tylko łódce dłużej niż 10 minut, a co dopiero spędzić na morskim pojeździe całe swoje życie. No trudno, nie dane mi będzie przeżyć przygody niczym z XIX - wiecznych angielskich powieści żeglarskich. Pan i Władca do krańca świata nie dopłynie. Ale przynajmniej mam okazję zasmakować prawdziwej przygody.
− Wszystko w porządku, Maks? Coś nietęgą miałeś minę na górze? – zapytał mnie Wiesław Adamczyk, jakże świetny kierownik Wydziału Administracyjno - Finansowego, powoli schodząc po schodach. – Rozumiem, że nie każdy przepada za surową rybą Tungfu z płatkami larw Komocha, ale naprawdę są przepyszne! Taka chrupkość w środku – ach, a jakie one delikatne…
− Dziękuję, może innym razem… – odpowiedziałem niepewnie. – co byś natomiast powiedział, by skupić się na naszym zadaniu, póki nie dopłyniemy do docelowego miejsca? Przygotowałem krótki rysopis stanu faktycznego oraz potencjalnych zagrożeń. Wiem, że panu ambasadorowi bardzo zależało, aby misja nie zakończyła się fiaskiem, więc może byłoby dobrze być przygotowanym na to, co nas potencjalnie czeka?
− Niezła myśl, dawaj więc młody, pokaż, czego się nauczyłeś.
− Więc tak, zacznijmy od tego, że naszym celem jest sprawdzenie statku, o którym mówiono ostatnio w „Zagranicznym Echo”. – Cesarstwo Ziemi zatopiło statek przy swoim wybrzeżu, na który natrafił płynący „Zew Mew”, statek należący do Republiki Tysiąca Wysp. Jako że część załogi pochodziła z Wasylii, to dostaliśmy od nich informację o potrzebie pomocy w sprawach międzynarodowych. Chyba w MSZ’ecie naprawdę były braki kadrowe, skoro nas ściągnęli. Płyniemy więc do Cesarstwa, mając nadzieję, że nie dojdzie do żadnych problemów po drodze, w końcu wypływamy na spory akwen.
− Właśnie, jak to z tym w końcu jest? Ja rozumiem, że granice morskie czasami są problematyczne, ale słuchaj Maks, weź mi to wytłumacz. Znajdujemy się teraz na Morzu Wielkorybnym, które jak wiemy jest jednym z ważniejszych akwenów na świecie. Tylko, że oprócz wody to nie ma na nim nic oprócz kilkuset raf koralowych, wystających skał i atoli z dala od Cesarstwa, tuż przy Republice Tysiąca Wysp. Jak to więc jest, że Cesarstwo zaczęło tam budować bazy wojskowe? Przecież to nie jest ich terytorium, ani nawet wyłączna strefa ekonomiczna, no nie? Jeżeli dobrze pamiętam, to żeby dotrzeć z Cesarstwa do pierwszej wyspy czy rafy musisz przepłynąć jakieś 500 mil morskich? Z Republiki już po 75 pojawiają ci się wystające skały. Wiem, że region jest pełen ryb i podwodnych złóż, ale to nie są przecież podstawy do przejmowania terenu?
− Nie tylko Cesarstwo zaczęło budować, bo też Państwo Dwóch Narodów ma swoje bazy, a przecież jest oddalone 300 km od spornego regionu. Natomiast co do Cesarstwa, to rości sobie ono prawa do prawie całego akwenu, zostawiając Republice jedynie pas morza terytorialnego, zupełnie ignorując wyłączną strefę ekonomiczną. Argumentują to tym, że jest to historyczne morze terytorialne Cesarstwa - miało ono zostać bowiem odkryte przez antycznych cesarskich odkrywców, którzy nanieśli na mapy występowanie raf koralowych i wystające skały. W ich komunikatach często mówią o tzw. „prawach historycznych”. A jako że ma to być ich, to zaczęli wysyłać marynarkę wojenną, aby chronić niby swoje terytorium.
− No dobra, tylko że przecież oni zaczęli wydobywać piasek, aby usypywać te wyspy na płytszych miejscach, są to zatem sztuczne wyspy, a nie prawdziwe. A do tego one są oddalone setki kilometrów od morza terytorialnego Cesarstwa. A wszystkie te rafy i atole przecież znajdują się w wyłącznej strefie ekonomicznej Republiki. Przecież Morze Wielkorybne jest jednym z najważniejszych miejsc, przez które przebiegają ważne międzynarodowe szlaki handlowe, nie powinno być zatem dozwolone ot tak budowanie wojskowych baz w tak ważnym miejscu i tak daleko od swojego terytorium?
− To jest ciekawa sprawa, bo zgodnie z Konwencją o prawie mo… - nie zdążyłem dokończyć zdania, mój głos przytłumiła bowiem syrena alarmowa.
− Wszyscy na pokład! – odezwał się głos z głośnika – Natrafiliśmy na statek Cesarstwa.
Szybko wybiegliśmy na górę, aby w oddali zobaczyć na horyzoncie biały punkt, który lśnił niepokojąco w kilku miejscach.
− Działka maszynowe klasy B45. – powiedział Wiesław odkładając lornetkę, jakby czytał w moich myślach. – To nie jest żadna zabawka. Wygląda na to, że wzięli nas za statek wojskowy Republiki, skoro się pokazali. Nie powinni do nas strzelać, ale nigdy nie wiadomo. Słyszałem, że w ostatnim czasie robiło się tu niebezpiecznie, terytorium jest pełne spornych raf, skał, atoli i sztucznych wysp. Obawiam się, że możemy zostać zawróceni. Ponoć Cesarscy nie przejmują się dyplomatami, zawracają a potem najwyżej przepraszają. Ambasador nie będzie zachwycony, opóźni się nasze przypłynięcie do Zewu Mew. Ale przynajmniej spełnimy część zadania, w końcu naszym celem było też sprawdzenie, jak wygląda sytuacja na Morzu Wielkorybnym. To co – kapitanie, Maks, zawracamy?
Niepewny wzrok kapitana wskazywał, że obawia się płynąć. W sumie mu się nie dziwiłem. Gdyby doszło do jakiegoś incydentu, miałby na sobie odpowiedzialność za narażenie dyplomatów. Albo nawet gorzej. Chyba, że…
− Kapitanie, płyniemy dalej. Nasz statek z tego, co się orientuję, jest wyposażony w silniki, które mają moc porównywalną do ich silników. Jak patrzyłem na mapę, to znajdujemy się na granicy spornych wysp pomiędzy Cesarstwem a Republiką, zatem statek Cesarski nie będzie najprawdopodobniej płynął za nami daleko, jedynie do marginesu bezpieczeństwa, aby nie prowokować żołnierzy Republiki. Powinniśmy zyskać na tyle przewagi, aby wpłynąć w tereny, w których Cesarscy nie zapuszczają się ze względów bezpieczeństwa. Jeżeli się uda, to powinniśmy nawet wcześniej natrafić na statek Republiki, co już w ostateczności powinno odstraszyć Cesarskich.
Niepewny wzrok kapitana spoczął teraz na mnie. W jego oczach widziałem strach, ale i chęć walki. Nic dziwnego, w końcu sam nam opowiadał, jak to jego przodkowie od pokoleń pływali po tych wodach łowiąc ryby, a on nie może kultywować tej tradycji ze względu na zaognienie w regionie.
− Dobra! Płyniemy! Gaz do dechy, odbij w lewo i rura! – zaczął wykrzykiwać kapitan. Statek zaczął nabierać mocy z każdą falą uderzającą o burtę. Wiatr we włosach zaczął się wzmagać. Tak samo jak biała plama na horyzoncie, która w nieprzyjemny sposób stawała się coraz większa. W radiu załogi zaczęły wybrzmiewać dźwięki, które brzmiały niepokojąco podobnie do słów „zatrzymaj się”. Płynęliśmy jednak do przodu, nie bacząc na nieustający niepokój związany ze zmniejszającą się odległością między nami a Cesarskim statkiem, na którym połyskiwały działka maszynowe B45.
− Nie wiem Maks, co ci przyszło do głowy, ale jeżeli z tego wyjdziemy, to stawiasz mi porcję smażonej szarańczy! – krzyknął do mnie Wiesław.
Płynęliśmy i płynęliśmy, kapitan próbował wyłapać na pasmach radiowych marynarki Republiki jakiś statek, który mógłby nas wyratować od przymusowego powrotu, o ile powrót był wciąż w asortymencie działań cesarskich. Po około 45 minutach Cesarscy byli już tak blisko, że gdyby posiadali podręczne rakiety „KETONG 99”, nowoczesne, zabójcze, nasza sytuacja mogła skończyć się tragicznie. Wyglądało na to, że albo ich nie mają, albo jednak nie mają zamiaru ich użyć. Łódź płynęła naprzód, ale nie wystarczająco szybko. Pomimo iż przepłynęliśmy granicę sfery, którą zgodnie z mapą Cesarscy kontrolują, wyglądało na to, że linia na mapie była tylko linią na mapie. Morze nie znało granic według nich.
− Jest, jest! – usłyszeliśmy podekscytowany głos z kajuty. – Nawiązaliśmy kontakt z marynarką Republiki, niecałe 5 mil morskich od nas znajduje się nowoczesny statek patrolowy, 2x większy od statku Cesarskich. Jeżeli nie zostaniemy zestrzeleni w przeciągu najbliższych kilku chwil, to uda nam się przepłynąć.
Jak powiedział kapitan, po kilku minutach dostrzegliśmy na horyzoncie statek Republiki. Wyglądało na to, że nie tylko my. Biała plama zaczęła powoli się oddalać. Cesarscy nie chcieli konfrontacji. Pryskająca morska woda, schładzająca czoło jeszcze nigdy nie była tak przyjemna jak wtedy.
− Aj młody, żeś dał popalić, jak nam z tego nie wyjdzie dodatkowy konflikt lokalny, to będzie rewelacyjnie. Kto by pomyślał, że ktoś taki młody może mieć nerwy ze stali. Niezła robota, chyba dużo filmów o agencie 007 oglądałeś! – powiedział wyraźnie rozbawiony i podekscytowany Wiesław. – Trocheś jak szczeniak Corgi, niby mały, a jak chapsnie to nic tylko na SOR z palcami! Eh Maks, chyba ci się należy jakaś dobra robota po powrocie. Ale uwierz mi – nic nie dostaniesz, póki w moim brzuchu nie znajdzie się smażona szarańcza!